Gdzieś kiedyś słyszałam, że dom to nie budynek, a przede wszystkim
ludzie. Ludzie, w których towarzystwie czujesz się swobodnie, do których chcesz
wracać i z którymi można kraść przysłowiowe konie. Coś chyba w tym jest…
Może faktycznie podchodzę do wszystkiego za bardzo
emocjonalnie, może za bardzo przywiązuję się do miejsc, a przede wszystkim
ludzi. Czasami sama zastanawiam się czy to jest normalne. Ale taka już chyba jestem. Za każdym razem gdy jadę na
zawody, gdy spotykam się z tymi samymi ludźmi, czuję się właśnie tak, jakbym
wróciła gdzieś po długiej podróży. Dzięki skokom poznałam wielu świetnych
ludzi. Choć spotykamy się kilka razy w roku, czasami mam wrażenie jakby czas
się zatrzymywał. Jakbyśmy się znali od zawsze. Chociaż dzielą nas setki
kilometrów, chociaż każdy z nas różni się od siebie pod wieloma względami, mamy
różne poglądy i charaktery. Ale łączy nas wspólna pasja i to sprawia, że przez
te kilka dni w roku, mogę poczuć, że nie jestem w tej swojej dziwnej dla
niektórych moich przyjaciół pasji, sama. Że gdzieś tam są ludzie, którzy bywają
tak samo zakręceni na punkcie skoków, jak ja. Dlatego tak bardzo lubię te
chwile, gdy staję pod skocznią i czuję tę jedność tysięcy kibiców, którzy mają ten sam cel - po prostu
wspierać swoich sportowców. W tym momencie nie liczą się inne sprawy, znikają
problemy, podziały. Wszyscy stają się przez chwilę jedną wielką, sportową
rodziną. Chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię tam wracać. To powrót do
beztroski i chwilowe odcięcie się od czasami szarej rzeczywistości…
PS. To tak na początek. Od dawna mierzyłam się z zamiarem założenia bloga. Ostatnie moje wypociny miały miejsce jeszcze w gimnazjum. Nie
wiem czy ta nowa idea przetrwa więcej niż kilka wpisów i czy faktycznie jest sens
cokolwiek pisać. Rzadko mówię o swoich uczuciach i odczuciach, częściej zajmuje
się problemami innych, spychając na dalszy plan swoje. Doszłam jednak do momentu,
w którym poczułam potrzebę, by coś tam kiedyś napisać. Zobaczymy co z tego
wyjdzie.
Komentarze
Prześlij komentarz